Wincenty Konstanty Grewkowicz (vito)


zamek

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, w bardzo dawnej baśni żył sobie baaaardzo stary król.
Jak przystało na prawdziwego króla miał baaardzo wielki i zamek i tak stary, że na pytanie: od kiedy stoi? wszyscy odpowiadali: od zawsze.
Zamek ten był baaaardzo warowny.
Miał potężne mury i mnóstwo wież. Ale najlepiej broniły go przed wrogami straszliwe niebezpieczeństwa, które czaiły się wokoło i czyhały na każdego śmiałka co odważyłby się na podróż do zamku.
O straszliwych tych przeszkodach mówiono w całym państwie jak długie i szerokie. Rozumie się, że tylko szeptem - tak były straszliwe i nieprzebyte:
Więc najpierw czekały każdego śmiałka pola kaczeńców i mleczy, pierwiosnków i stokrotek, i Bóg wie czego jeszcze - ogromne łąki ciągnące się jak okiem sięgnąć albo jeszcze dalej. Za nimi ciągnęły się nieprzebyte chaszcze malin i jeżyn zawsze dojrzewających i wiecznie dojrzałych. Były też całe wąwozy pięknych kolorowych samochodzików, ogromne sterty klocków i pełno strażackich hełmów, mundurów, że o rowerach nie wspomnę.
Wagony pociągów jechały wszędzie i nigdzie. I każdy pasażer mógł w każdej chwili zostać maszynistą i kowbojem, bandytą i indianinem.
Za tym wszystkim były nieprzebyte bory - mroczne i tajemnicze. A w tych borach chatki z piernika na kurzych nóżkach i udkach. I już z daleka niosło się straszliwe wycie i pohukiwanie. Ale to tylko wśród ludu chodziły takie gadki, bo nikogo nie można było znaleźć kto by tam był, widział i słyszał.
Takimi to straszliwymi pułapkami otoczony był zamek królewski.

Oczywiście, oprócz zamku król miał też dwór, konie, psy do polowania, króliki, żonę-królową i córkę-królewnę. Tak jest przeceż w każdej przyzwoitej bajce.
Żona, tak... - . Zresztą mniejsza o żonę. Za to królewna, ho, ho! Miała 17 lat i była tak brzydka, że król musiał ją zamknąć w wieży aby nie straszyła koni, psy nie wyły, a dworzanie nie wariowali.
Siedziała w tej wieży przy okienku, przędła i śpiewała:

O przyjdź, mój miły
odczaruj mnie!
Za to ja będę kochać cię.

Słysząc jej głos wilki w najgłębszych borach wyły ze strachu i wynosiły się za szóstą górę i szósty las (nie chciały dalej, bo wypadłyby z bajki). Ale król nie mógł jej związać i zakneblować. Ostatecznie to była przecież jego córka i kochał ją. Chcąc się jej jednak pozbyć, a nie chcąc topić (dopiekła mu już bardzo) i wiedząc, że trudno będzie wydać taką brzydulę za mąż, kazał ogłosić w całym państwie i nie tylko, że córka jego jest zaczarowaną królewną, na którą zły czarownik rzucił czar i ten, kto się z nią ożeni i w noc pośłubną pocałuje, zdejmie z niej przekleństwo czaru.

Jak rozkazał, tak się i stało.
Zaczęli też jechać zewsząd królewicze, rycerze, a też jeden szewczyk bardzo w sobie zadufały, jako że już raz mu się udało i srogiego smoka siarką nakarmił, od czego ten rozpukł się w drobny mak.
Jednak żaden nie docenił straszliwości przeszkód na drodze do upragnionej królewny. Najmniej wytrwali zaginęli na kwietnych łąkach sięgających nieboskłonu, szewczyk tak się rozsmakował w malinach, że zajada je dotąd odchodząc coraz dalej i dalej od drogi do zamku. Najwytrwalszych przywaliły góry klocków i hełmów strażackich.
I tak mijały lata. Król starzał się coraz bardziej, zamek podupadał, królewna darła się coraz ochryplej ze swej wieży, a wszyscy tracili nadzieję.
Niepotrzebnie. W każdej sytuacji może się znaleźć ktoś, na kim można poegać.
W sąsiednim państwie żył sobie królewicz, który był tak głupi, że już głupszego chyba na świecie nie było. Ten głupi królewicz usłyszał o królewnie i niewiele myśląc (był wszak potwornie głupi) wyruszył w drogę.
Żadne przeszkody nie były mu straszne: kwiatków nie zauważył; maliny mu nie smakowały, bo kłują; klockami nie chciało mu się bawić; a hełmuy strażackie i pociągi zbył mówiąc: u nas mamy ładniejsze; i powędrował dalej.

Wreszcie pewnego dnia stanął u bram zamku. Zastukał. Stary król stękając (bo mu reumatyzm dokuczał) wyszedł do bramy i otworzył. Od razu poznał, że ma przed sobą głupca jakich mało, bo któż inny miałby tak mało wyobraźni, aby nie dać się skusić tylu wspaniałym i niebezpiecznym okazjom. Pomyślał, że ten na pewno ożeni się z jego córką. Zaprosił go więc do zamku i kazał sprowadzić królewnę.
Kiedy królewicz ją zobaczył, powiedział:
“Jesteś brzydka jak noc, ale jak jesteś zaczarowana to się z tobą ożenię.”
Król czym prędzej wyprawił weselisko. Było tak huczne, że ludzie, którzy mieszkali blisko łąk i malinowych gąszczy żegnali się ukradkiem i szeptali: diabli w zamku tańcują, pewnie królewnę porwali.
Wesele się skończyło - wszystko musi mieć swój koniec. Nastała noc poślubna. Królewicz zgasił światło i położył się obok królewny. Pocałował ją. I zasnął.
Rano budzi się, patrzy, a w łóżku nie ma królewny. Przeszukuje łoże. Ściągnął kołdrę i widzi: na poduszce siedzi śliczna, mała zielona żabka i mówi:
“Dzięki ci, szlachetny królewiczu! Zły czarownik zamienił mnie w brzydką królewnę, a twój pocałunek mnie odczarował.”
I żyli długo i szczęśliwie.

Tak się kończy bajka, a morał z niej taki:

Głupcy też są potrzebni na tym świecie.

I drugi morał:

Lepiej być ładną żabką niż brzydką królewną.


początek strony