Moje biznesy
(opowieść Antoniego W.)

Siedzielim pod sklepem, pilim piwo. Było ciepłe. Na gorzałkę nie było. To znaczy ja nie miałem. Inni też nie mieli, ale byłe żony im fundowali. Czasem nie chcieli. To z oczami potem chodzili. Do lekarza znaczy się. Podpuchli im.

I tak w tej biedzie i ciepłym piwie bunt jakiś zaczął w nas narastać: Paczta - powiedział Franek - to tam cały kraj spółkuje, holdinguje i aborcji zakazał i nowe nam powiaty idom i do europy nas wlokom, a my co?! Jak bylim biedne tak bylim.

Wprawdzie żona Franka dorobiła się tych paru miliardów na tym co to Franek te papierosy przywoził i akcyze w nocy drukowalim, a jak go złapali to ino jedno paczkę miał. Od ruskich - mówił - na rynku kupił.

No więc Franek mówi: Załóżmy coś, spółkę albo co.

Założylim spółdzielnię pszczelarską. Prezes, znaczy się Franek wniósł pasiekę. My - robociznę. Miód jest modny - tłumaczył - i te wszystkie pipiterapie to zarobek pewny.

Wszystko byłoby dobrze tylko miodu coś mało było. Rok kiepski - tłumaczył prezes - deszcze, za rok będzie lepiej. Początki są zawsze trudne.

Po roku pokazało się, że pszczoły byli tresowane. Połowę miodu prezesowi do domu prosto do słoików nieśli. Tylko zimą po cukier do prezesa nie latali tylko ze spółdzielczego, czyli z naszego (bo prezes dał pasiekę) trza było kupować. To po roku upadlim, bo na cukier nie było. Skarbowy zajął majątek. Znaczy się ule i biurko, bo pszczoły do prezesa polecieli. Aha, no i nasze chałupy, bo prezes nic nie miał jak już tą pasiekę oddał i w swojej willi kątem u teściowej mieszkał.

No to spółdzielnia tak się skończyła. Długi płacim do dziś.

Potem spółkę zrobilim. ZOO znaczy się. Oj, ZOO to było. Ino źwierząt dzikich nie mielim, ale tych w zarządzie to i na dwa zoologi by starczyło. (Spółka była nasza, polska. Żaden afrykańczyk ani inny Żyd nie mógł się pokazać. Wara im od naszego.)

Wniosłem Żuka. Zostałem prezesem. Wiceprezesi wzięli pożyczki na wkłady. W banku. Spłacili, a jakże. Z pensji. No, było z czego. Tak po dziesięć tysięcy brali. Jażem miał złotówkę. Symbolicznie. Wytłumaczyli mi żem honorowy, znaczy się prezes.

Mielim handlować. Czym by się nie dało. Niczym się nie dało. Nawet na benzynę nie zarobilim. Ze swojego kupowałem.

Wiecie jak było?

Przyszedł skarbowy. Zajął Żuka i córki rower górski. Reszta zarządu nic nie miała. Ino koszule na grzbiecie i teczki ze skóry. Reszte miały byłe żony.

Potem zajęlim się czym innym. Kupilim akcje. Nie, nie całom ale kilku posłów, po jednym z każdej kanapy. Jasne, że po wyborach.

No, to nie było złe. O cłach wiedzielim wszystko z wyprzedzeniem. Zakaz importu serwatki zrobilim z zachodu. Chora na AIDS czy innom wścieklizne. Nie wiem, bo to załatwiał Wojtek. Certyfikat załatwił Heniek. Jak kto chciał serwatki to musiał u nas kupić. Bo inne certyfikatu nie dostali. Forsy to zgarnialim, że jej. Kaziek tom forsą zaoscylował. Wyszło, czemu nie. Ino na jego koncie na Kajmanach czy innych krokodylach.

Kaziek w Argentynie, a my w pierdlu. Oscylujem między piątką a dychą. Spokój, cisza, wszystko reguralnie. Nareszcie odpocznę. Zawsze chciałem sobie pożyć spokojnie, a nie tylko latać za pieniądzem.

spis treści | do góry
 
© Wincenty Grewkowicz - Vito