opowieść wigilijna

Ostatniego Dnia Stworzenia, w wigilię swych narodzin przykrytą śniegiem ulicą szedł Bóg w nędznym ubranku - dziecko z buzią siną i pokrytą krostami. Szedł, sam nie wiedząc dokąd. Było mu zimno i był głodny. Podchodził do drzwi. Pukał. Chciał wejść. Drzwi pozostawały zamknięte. Podchodził do rynsztoka, rozgrzebywał nogą śnieg, ale i tu nie znajdował niczego, czym mógłby się pokrzepić, więc znowu pukał do drzwi, ale wszystkie były zamknięte, bo w domach siedzieli wygodnie ludzie przed telewizorami z szopką z Nowonarodzonym, kolędami, kolędnikami z gwiazdą opracowanymi i wykonanymi artystycznie przez cały sztab scenografów, reżyserów, aktorów i śpiewaków. Nikt, oczywiście nie chciał, aby w czasie oglądania telewizji złodziej zakradł się do domu i zrabował pieniądze ukryte w bieliźniarce i kryształy stojące na komodzie. Zresztą Boże Narodzenie jest zbyt ważnym świętem, aby zawracać sobie głowę małym, brudnym zasmarkańcem, który na pewno ma wszy, a może i jakąś zakaźną chorobę (np. wściekliznę). I na pewno uciekł z domu, aby wreszcie bez przeszkód brać narkotyki i w ogóle pławić się w grzechu.

Chłopiec poszedł więc dalej. Dotarł na przedmieście, gdzie wille i garaże starają się jedne przez drugie okazać bogactwo swych właścicieli. Niestety, i tu drzwi domów były zamknięte, a prócz zamków strzegły ich jeszcze kamery, psy i dozorcy. Nie było też po co pukać do tych domów. W oknach było ciemno. Właściciele willi bawili gdzieś w górach, albo w ciepłych krajach.
Chłopcu jednak od tego nie zrobiło się wcale cieplej. Poszedł więc dalej. Były jeszcze jakieś budowy, dźwigi, szopy magazynowe. Ale wszystko to było pozamykane i niedostępne. Nie mówiąc o tym, że przerażająco bezludne.

Wreszcie miasto się skończyło i wyszedł w szczere pole, gdzie tylko wiatr wył w przewodach wysokiego napięcia i miótł tumany śniegu po redlinach niewykopanych buraków.
Bóg wyczerpany wędrówką o głodzie i mrozie przysiadł pod słupem wysokiego napięcia. Owinął się szczelniej podartą marynarczyną. Zrobiło mu się jakby cieplej, oczy zaczęły się zamykać... Nagle w pobliżu pojawił się człowiek. Szedł szybko. Po chwili stanął nad chłopcem.
- Wstawaj - powiedział - No, wstawaj, bo zemrzesz na tym zimnie. Chodź ze mną. Chłopiec wstał i posłusznie poszedł za mężczyzną, który zaprowadził go do domu, gdzie cała rodzina, już po wieczerzy, siedziała jeszcze przy stole i śpiewała kolędy. Kobieta dała chłopcu jeść, napoiła go mlekiem z miodem.
Bóg jadł aż mu się uszy trzęsły. W izbie było ciepło i przyjemnie. Wicher wył w szparach drzwi.
Kiedy już się najadł podszedł do niego mężczyzna.
- Teraz chodź ze mną. Będziesz spał w stajence, bo u mnie w domu ledwie sami możemy się pomieścić. Ale nie martw się, nie zmarzniesz. Jest tam dużo siana i na pewno będzie ci ciepło.
Mężczyzna wziął do ręki lampę i poszli.
Stajenka była malutka i przytulna, zapełniona po dach sianem. Za ścianą pozostało przejmujące zimno i przerażająca pustka nagich pól.
- Tu będziesz spał - powiedział mężczyzna.
Chłopiec zawinął się w swoje ubranko. Mężczyzna dał mu jeszcze koc i przykrył go dobrze sianem, aby nie było mu zimno w nocy i kiedy chłopiec był już przykryty lekko przykręcił knot w lampie, aby nie wypalać niepotrzebnie nafty (bo ostatnio zdrożała) i knota (bo nie można dostać) powiedział: - nie martw się, że siano się ubije, nie mam już żadnych zwierząt, krowę sprzedałem jesienią, bo dawała mało mleka, zresztą trzeba było wcześniej bo jesień była w tym roku bardzo deszczowa i musiałem krowę zgasić sianem aby miała co żreć i stąd to siano zostało.
Wiatr wył w szparach ścian z byle jakich desek i Bóg mimo woli skulił się pod derką i stertą siana.
- Tylko nie pal papierosów, bo pójdziesz z dymem do nieba i będzie ci za gorąco. Ale chłopiec już nie słyszał.

Lampa zgasła.
Pod słupem wysokiego napięcia siedział sztywny, zamarznięty chłopiec.

I tak umarł Bóg w dniu swoich narodzin i wszyscy weselili się jedząc i pijąc do woli.



początek strony ⇑
Strona główna | archiwum